Archiwum 10 lutego 2005


lut 10 2005 St. hormone day???
Komentarze: 6

Nie mógłbym chyba spokojnie zasnąć gdybym przeszedł do porządku dziennego nad tak globalnie paranoiczną tradycją, wedle której człowiek czekać powinien do dnia konkretnego ażeby wyrazić swoje głęboko skrywane uczucia. Jak wiemy człowiek nie źwierz dziki a rozumny, więc instynktem wewnętrznym kierować się nie będzie a do wyznania uczucia wyższego skłonić go powinien impuls terminowy, bo jeżeli na takie się do tej pory się baran jeden z drugim i milionpincedwadziewincetnym nie zdobył to jak byk ma w kalendarzu wyrysowane WALENTYNKI, żeby kretyn się domyślił.

 

Tak więc oto miłościwie panujący w Rzymie cesarz Klaudiusz II, roku pańskiego 270 przyczynił się w sposób co prawda krwawy, do corocznej uciechy współczesnych nam marketingowców, restauratorów innych niż wszyscy, handlarzy: kolorowego zielska (kwieciem zwanego), bielizny, kartek, znaczków pocztowych, oraz wszelakiego możliwego badziewia z serduszkiem wyrysowanym na froncie. Rzymianom możemy zatem dziękować za sprostaczenie zakochania i możliwość ogólnoświatowych romantycznych uniesień sprowadzonych do jednego dnia. A po co to wszystko?

 

Socjobiologii odrobinę:

 

Człowiek mimo wszystko źwierzem jest, a już zwłaszcza samiec. Samiec na ten przykład ze wszystkiego polować lubi chyba najbardziej, toteż jednego tego dnia w roku zbroi się w łuk i strzały zapożyczone od kupidyna i rusza w bój. Rycerz takowy jeśli prawdziwy za swoją lancę obierze pojedynczy egzemplarz chwasta wyposażonego w kolce (bo lubi wyzwania a nie, że tam zaraz masochista). Tak uzbrojony ruszy do swej wybranki co by jej go wręczyć z jakowymś wierszem na ustach (co to się go pół dnia uczył na pamięć) i o ile w tym czasie para mu od tej walki uszami nie pójdzie albo pamięć mu się nie zawiesi, bitwa prawie wygrana i ona już jego, potem zaś tylko uczta we dwoje (zestaw Big-Mac dla zakochanych). Dalsza część wieczoru zapewne upłynie na prowadzeniu rozmaitych podchodów i zastawianiu sideł bo samiec wszelako jak powszechnie wiadomo nie po to wybrał się na polowanie aby bez złowionej zwierzyny powrócić. Jednakowoż i niewiaście gra bitewna tego dnia jest znana. Za swoją broń obierze parfum najlepszy, i piórka odpowiednio w szafie na ten dzień przygotowane, przyjmie ona wiecheć, mimo że wymemłany trochę, wysłucha takowoż bzdur plecionych z ust rycerskich nie bocząc się na zająknięcia i nerwowe szelesty kartką w kieszeni, będąc pod wrażeniem knajpy wyklejonej serduszkami, świadomie usidlić się pozwoli i pobiegną razem zaspokoić dobrze im sprzedaną żądzę.

 

Ostatecznie nie ma się czemu dziwić, instynkty nami pomiatały od zawsze, „taniec godowy” różnej maści znany jest chyba wszystkim gatunkom a my w końcu też źwierzęta, pozostało jedynie wpisać go w jeden dzień i to jaki… ha…

14 dzień 28 –dniowego miesiąca… 

Jakieś skojarzenia?

I całkiem słuszne, połowa 28-dniowego cyklu, początek jego fazy lutealnej resztę bajki znacie.

 

Liczby może i przypadkowe, ale ja wam powiem, że w tej starej świeckiej tradycji, to widzę całkiem niezły burdel…

 

a… hormony szaleją…

uosiu : :